Skoro podróż poślubna zaczęła się 1 września, to do końca miesiąca wypadałoby opowiedzieć o niej do końca. Zwłaszcza dziś zrobię to chętnie, bo za oknem 1o stopni i deszcz, obudziłam się z bólem głowy, a od piątku do pracy....
Więc przenieśmy się do 6 września, kiedy w Polsce podobno było równie brzydko jak dziś. Za to na Krecie świeciło słońce..
W poniedziałek, dzień przed wyjazdem, wynajęliśmy sobie samochód i pojechaliśmy "nową drogą" na zachód wyspy. Naszym celem było miasto Chania. Trasa była niesamowita. Prowadziła cały czas wzdłuż wybrzeża. Po lewej stronie widzieliśmy góry, a po prawej morze. Czasami były łagodne piaszczyste plaże przy brzegach, a czasami tylko skały, które prowadziły stromo w dół.
Ta wycieczka podobała nam się najbardziej, bo mogliśmy wszystko oglądać w swoim tempie. Jak chcieliśmy zrobić zdjęcie, to po prostu się zatrzymaliśmy i je pstrykaliśmy. Nie trzeba było się oglądać ani na przewodnika ani na innych uczestników.
Zawsze jak będziemy na jakiejś wyspie, będziemy wynajmowali auto (w naszych marzeniach jest Majorka – mieszka tam moja koleżanka z dzieciństwa, Teneryfa – prawie tam pojechaliśmy na podróż poślubną i Madera – miejsce, które szczególnie polecała moja szefowa, podobno fantastyczna, zielona wyspa, gdzie cały rok jest wiosna).
Po drodze zatrzymywaliśmy się w kilku miejscach:
- miejscowość Bali – przewodnik – Grek, który oprowadzał nas po Knossos bardzo polecał nam tamtejszą plażę. Rzeczywiście była bajeczna. Wykąpaliśmy się i ruszyliśmy dalej.
Tylko raz udało mi się znaleźć na Krecie owoce na drzewie
- Rethymnon – urocze miasteczko z fortem weneckim, latarnią morską
- jedyne naturalne jezioro na Krecie, które wprawiło mnie w niemałe zdumienie. Zjechaliśmy trochę trasy w stronę gór. Mijaliśmy krajobrazy podobne do naszych Tatr – szczyty w chmurach, owieczki beczące na łąkach. Jednocześnie restauracje pośród palm. Szliśmy w stronę jeziorka przez gaj oliwkowy i w pewnym momencie wyłoniło się coś na wzór… naszego Morskiego Oka…. tyle że z plażą i rowerkami do wynajęcia!! Jakoś dziwne dla nas było, że można się tam kąpać

Woda była bardzo kusząca, bo mogę ją porównać do zupy. Ale tylko pod względem temperatury, bo była przejrzysta i czyściutka!
- i w końcu Chania. Drugie co do wielkości miasto na Krecie i drugi port lotniczy. Miasteczko przeurocze i z klimatem. Chyba najładniejsze z 5, w których byliśmy. Spędziliśmy tam trochę czasu chodząc po wąskich uliczkach, to dochodząc do portu i przystani. Mąż kupił mi tam naszyjnik z pięknym błękitnym kamieniem. Niestety spacer mógł trwać tylko niecałe 2 godziny, bo czekała nas droga powrotna – prawie 200 km. A samochodzik trzeba było oddać..





Nadszedł dzień wyjazdu. O 12 musieliśmy się wymeldować, ale lot był o 3 w nocy, więc mieliśmy jeszcze cały dzień. Po śniadaniu się spakowaliśmy i poszliśmy na spotkanie z rezydentem. Miał nam udzielić informacji o wyjeździe. Powiedział, że jest możliwość przedłużenia doby hotelowej za 60 euro (my z tego nie skorzystaliśmy, bo recepcjonista – ten przystojniak – nie zabrał nam opasek all inclusive i mogliśmy przez cały dzień normalnie ze wszystkiego korzystać. Przecież i tak nie siedzielibyśmy w pokoju tylko na plaży! A jak się okazało, wieczorem dostaliśmy klucze do jednego z pokoi i mogliśmy tam wziąć prysznic i się przebrać. Także byliśmy bardzo zadowoleni, że udało nam się oszczędzić).
No i gada coś rezydent, że jakąś tam informację dostaniemy jutro rano po śniadaniu. A my: jak to rano, przecież nas już tu nie będzie! On się popatrzył na nas jak na wariatów: przecież wylot jest jutro! – Jak to jutro?!?! Aż usiadłam z wrażenia. Wyciągnęłam z bagażu umowę z Triadą, a tam jest napisane, że wyjazd trwa od 1 do 8 września. Wiedzieliśmy, że wylot jest w nocy, dlatego mamy jakby przedłużony pobyt o jeden dzień, ale byliśmy pewni, że wracamy 8 września. No ale na bilecie było, że 9, tylko na bilet już nie spojrzeliśmy…
Totalnie zaskoczeni wróciliśmy do pokoju… rozpakowywać się!!! Cieszyć się zaczęliśmy dopiero po chwili, kiedy uwierzyliśmy w to, że jeszcze jeden dzień dłużej będziemy mogli wylegiwać się na słońcu! Wyobraźcie sobie jaki to był dla nas szok

Oby zawsze szokujące wiadomości były wiadomościami tak dobrymi jak ta
Ostatnie dwa dni na Krecie upłynęły pod znakiem plażowania, kupowania pamiątek, spacerowania. Chłonęłam każdy promień słońca, bo wiedziałam, że będzie mi to musiało starczyć na długo. W końcu nadszedł czas ostatniej kolacji, ostatniego wyjścia nad morze. Wiatr znad niego wiał już chłodniejszy niż tydzień wcześniej. Musiałam założyć sweterek.

Chociaż do Heraklionu na lotnisko nie było daleko, zmęczona zasnęłam w autobusie. Marzyłam tylko o tym, żeby zdać bagaże i wejść na pokład samolotu. Jeszcze przez myśl mi przeszło, że wszystko nam się udało, pobyt był wspaniały i nie mieliśmy żadnych wpadek i nieprzewidzianych sytuacji (za wyjątkiem darowanego nam jednego dnia więcej). Nie powiedziałam jednak tego dla A., bo trochę bałam się lotu i nie chciałam zapeszać. Pan rezydent przywitał nas na lotnisku, mówiąc, że samolot jest opóźniony, ale nie wie ile. Ludzie się zdenerwowali. Okazało się, że zamiast przed 3 w nocy, wylecimy przed 9. A była północ. Od rodzimego Lot-u dostaliśmy kanapkę i kawę. Ludzie się wściekali, dyskutowali,kłócili. Byli rodzice z małymi dziećmi, jedna pani miała psa. Wszyscy zdenerwowani i zmęczeni. My się specjalnie nie wściekaliśmy, bo w końcu nic to nie da, tak samo jak krzyczenie na rezydenta, który pilotem samolotu do Polski przecież nie jest. Przeszliśmy na strefę bezcłową, położyliśmy się (o ile to można nazwać położeniem) na metalowych, niewygodnych siedziskach, mając nadzieję, ze opóźnienie nie będzie większe. Ludzie lecący do Gdańska koczowali na lotnisku ponad 6 godzin, po czym dowiedzieli się, że wylecą za 24 godziny i są odesłani do hotelu. Nawet udało nam się zasnąć, mimo że było strasznie zimno. Dobrze, że mieliśmy ze sobą chociaż kurtki.
Do domu dotarliśmy koło południa. A. musiał odwołać spotkanie w pracy.
Mimo zmęczenia byliśmy bardzo szczęśliwi, że mogliśmy przeżyć tak piękne chwile. W końcu wyspaliśmy się, doceniając po nocy na lotnisku, jak wygodne jest nasze łóżko!
Jeszcze Wam powiem, że bardzo mnie ucieszyło lądowanie. Bo kiedy samolot leciał coraz niżej nad Warszawą, udało mi się dojrzeć nasz blok!! Z góry jest bardzo charakterystyczny, bo trójkątny. Lecieliśmy dokładnie nad

Kiedyś Wam chyba pisałam, że dokuczają nam samoloty, bo remontują część lotniska i teraz inaczej lądują. Teraz mi już nie przeszkadzają
KONIEC.
-
PtasiaŻona:
-
Fashionatka:
-
ironiczna.narzeczona:
Pokaż wszystkie (13) ›