(...) Obudziliśmy się przed 10. Słońce mocno świeciło, a fale obijały się o brzeg. W tamtej chwili zamarzyłam o własnym domu nad jeziorem. Kto wie? Może kiedyś moje marzenie się spełni?
Słychać było brzęk sztućców i naczyń – obsługa szykowała stoły do poprawin.
Mój mąż, od niecałego jeszcze jednego dnia, powiedział, że ma dla mnie pierwszy małżeński prezent (paskudnik jeden! A ja nic nie miałam!). Kazał otworzyć torbę. Zobaczyłam pudełko Menburowie i już wiedziałam co tam jest: piękne czerwone sandałki na szpilce, o których tak marzyłam!!
Wstałam, żeby je przymierzyć, ale jak zobaczyłam moje stopy, to siadłam z powrotem na łóżko. Miałam zdartą skórę na obu stopach i ogromnego bąbla na palcu.
Chwyciłam za telefon: mamoooo! Ratuuuj!
Rodzice przyjechali już wystrojeni z wielką reklamówką z apteki

Mama, mimo moich krzyków, przebiła bąbla. Tak naprawdę to nawet nie bolało – chciałam, żeby mnie trochę pożałowali

Okleiła mi stopy plastrami, a ja ku ich przerażeniu ubrałam najwyższe szpilki, jakie miałam (te moje ulubione, beżowe). Jak tak ścisnęłam nimi stopy, to nie czułam bólu. Wzbudziłam podziw, kiedy po kilku godzinach zdjęłam buty i goście zobaczyli w jakim stanie były moje stopy
Ogólnie całe poprawiny zachowały mi się w pamięci jak piknik. Początkowo siedzieliśmy na sali, ale później goście poprzenosili się na zewnątrz. My chodziliśmy od stolika do stolika rozmawiając ze wszystkimi, na co nie było czasu na weselu. Pogoda była lepsza niż w dzień ślubu, bo nie wiało i zrobiło się gorąco.
Miałam wrażenie, że po tych wszystkich stresach i przygotowaniach jest taka atmosfera luzu, sielanki. Pływały kaczki i łabędzie. Goście spoza Mazur byli zachwyceni jeziorem – rzeczywiście tego dnia woda iskrzyła się niesamowicie od słońca. Poszliśmy za przykładem części znajomych i wykąpaliśmy się. Wzbudziło to oczywiście sensację, że para młoda weszła do jeziora
Zostało sporo jedzenia, ciast i alkoholi. Zamówiliśmy dwie beczki piwa, które cieszyło się dużym zainteresowaniem.
Poprawiny trwały do 20. Część gości została na kilka dni na Mazurach, część rozjechała się do domów. Niektórzy mieli to przejechania prawie całą Polskę. Było mi bardzo miło, ze zechcieli do nas przyjechać. Kiedy pakowaliśmy wszystkie nasze rzeczy uświadomiłam sobie, że już nigdy, przenigdy nie spotkamy się drugi raz dokładnie w tym samym składzie, z tymi samymi ludźmi w tym samym dniu…
Wieczorem, kiedy przepakowywaliśmy prawie 50 win, które dostaliśmy zamiast kwiatów z samochodu, który nas wiózł do ślubu, lunął deszcz. Niedziela to był chyba ostatni dzień pięknej pogody tego lata.. Nawet jak mieliśmy sesję zdjęciową w środę, to pogoda nie dopisała, bo przecież spadł deszcz, a raczej ulewa!
Zastanawiałam się, czy pisać Wam o przebojach z naszą panią fotografką. Ale chyba napiszę tylko ogólnie, że mieliśmy problemy, bo widzę, że nie jesteśmy jedyni:
- miesiąc przed weselem okazało się, że zdjęcia będzie robiła nam inna dziewczyna, bo fotografka urodziła (ale tamta robiła też ładne zdjęcia, wiec się zgodziliśmy)
- dwa razy spóźniła się o pół godziny - jedna na fryzjera, druga na plener
- nie mogliśmy się z nią dogadać, kiedy przyjedzie na plener - kazała załatwiać nam niańkę do dziecka. powiedziałam, że nie ma problemu, jeśli nie doliczy za dojazd - już niańka nie była potrzebna, bo wzięła siostrę

- czekaliśmy na zdjęcia 3 miesiące i słyszeliśmy głupie tłumaczenia, że ma remont i nie ma czasu albo, że skasowały się jej obrobione zdjęcia z dysku
Zaznaczam jeszcze, że zapłaciliśmy jej dopiero po tych 3 miesiącach. Ale co z tego jeśli nawet byśmy nie dostali zdjęć i jej nie zapłacili - plener dałoby się powtórzyć, ślubu już nie..
Dlatego starałam się mimo wszystko z nią jakoś dogadać.
Piszę to tylko dlatego, żebyście zdawały sobie sprawę, że takie problemy są normalne. Niestety. Wydawałoby się, że to profesjonaliści. Obiecują, że zrobią wszystko tak jak chcesz, ale tak pięknie jest tylko przy podpisywaniu umowy.. Podobnie przecież było z orkiestrą..
Ale żeby zakończyć pozytywnie: 1 września polecieliśmy na honey week – w Polsce wówczas było zimno i padało. Kreta przywitała nas słońcem i gorącym powietrzem. Ale o tym wszystkim już wiecie, bo pisałam Wam na świeżo.
Ogólnie cały ten czas – przygotowania na dwa tygodnie, czy tydzień przed, ślub, poprawiny i czas po wspominam jako jeden z najpiękniejszych okresów mojego życia. Teraz wydaje mi się, że to była jakaś magia. Mieliśmy dużo czasu dla siebie, bo nie pracowałam wtedy, a Adam pracował zdalnie. W tym roku nie mielibyśmy tyle luzu i tyle wolnego, dlatego cieszę się, że ślub był w tamtym roku.
Niektórzy pytali, czy coś bym zmieniła w weselu, gdybym mogła cofnąć czas. Tak naprawdę to chyba nie, bo bałabym się, że zmieniając jakiś szczegół, reszta nie potoczyłaby się dokładnie tak, jak było.
Były i stresy i gorsze chwile, ale w ogólnym rozrachunku nie ma to większego znaczenia. Przecież najważniejsza jest miłość i bycie razem. Po roku wiem, że małżeństwo nie ogranicza, nie zamyka drogi do zabawy, przyjemności, ulubionych zajęć. Przynajmniej w naszym przypadku nic nie zmieniło się na gorsze – wydaje mi się, że każdego dnia kocham Go bardziej, chociaż nie wiem, czy to jest możliwe. Choć ideałem by było zawsze zostać młodą

to chciałabym się z Nim zestarzeć. Być przy nim przez całe życie, nigdy nie zwątpić w miłość. To moja pierwsza prawdziwa miłość – chciałabym aby pierwsza pozostała ostatnią i jedyną.
Życzę każdemu, aby miał takie piękne wspomnienia.
Dziewczyny – teraz Wasza kolej na opowieść! Kukus, PrzyszłaPaniP – na Wasze opowieści czekam najmocniej, bo zdaję sobie sprawę, że mogłam być świadkiem tych wydarzeń..
Make a dream come true, Sparkling water, RudaGrazyna, Szataniołek, Megan2,Clavel, Drömmeri, Purple88, Mishon, Spełnione Marzenie, Pośrodmyśli i reszta tego- (i przyszło-) rocznych panien młodych - nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak będziecie wyglądały w tym dniu
Ściskam Was wszystkie!!
Wasza Karola
-
maarudaa:
-
Mańka-89:
-
katyn:
Pokaż wszystkie (16) ›